Mniej znaczy więcej.
Minęły też te czasy kiedy na wzór mojej koleżanki makijażystki zbierałam z uporem maniaka kolorowe kosmetyki. Miałam tego taki kuferek i nie używałam go. Mam takie dziwne uczucie, że jeśli nie mogę czegoś wykończyć, to znaczy że nie używam, ergo, jest mi niepotrzebny. Znaczy, czas się pozbyc, komuś oddać.
Inna sprawa, ze większość kosmetyków które mamy, traci ważność przy używaniu po pół roku. Trochę szkoda, szczególnie, że zdarza się nam kupić np, cień specjalnie na jakąś imprezę i później nigdy go nie użyjemy ale szkoda go wyrzucić.
Niestety to dość częste zjawisko było, szczególnie u mnie. Więc ze łzami w oczach zrobiłam czystkę w swojej kosmetyczce parę lat temu i tak lecę na swoich "pewniakach".
A są nimi:
-czarna kredka do oczu Inglot
-złota kredka do oczu Essence
-podkład lub obecnie krem BB marki Missha
-złoty cień do powiek Inglot
-zestaw beżowych i brązowych cieni z Oriflame
-tusz do rzęs Dior Show
-puder do brwi marki Anastasia
- pędzelki
-róż jasny- Oriflame
-róż ciemniejszy- Estee Lauder
-cień Inglot który robi i za cień i za róż
-szminka żelowa czerwona Inglot
Generalnie znam już po dłuższym czasie kosmetykowania się, że jeśli chcę wyglądać ładnie i naturalnie, ale i promiennie, to brązy, beże i złote odcienie są moimi best friendami. Ale najlepszym jest jednak czarna kredka do oczu.
Róży mam kilka, bo jednak jak się cera opala lub traci opaleniznę, to zmienia się tez potrzeba kolorytu- zimą i wczesną wiosną znacznie lepiej wygląda mój jaśniejszy róż niż ten ciemniejszy, pasujący do opalenizny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz