sobota, 22 grudnia 2012
Tusz do rzęs Essence Get Big Lashes
Szczotka fajna, duża, nie gumowa, w kształcie jajowatym- taka sama jak w tuszu DiorShow.
A cena zdecydowanie niższa, bo 10,99zł w Hebe. Ostatnio lubię tam chodzić, bo mają maseczki Purederm i kosmetyki Essence, plus fajny stojak lakierów Essie.
Więc zakupiłam tusz, zadowolona jest pani, wytłuszcza rzęsy, podnosi je od nasady, ładnie wyglądają, bardzo czarne. Nie kruszy się. Czego więcej chcieć?
No i za tę cenę? Zajebiście:)
Jestem na taaaaaak
Skinfood Watery Berry
Pokazuję tu obcięte próbki, bo testuję. Jak jest całkowicie do bani, to wywalam, lub oddaję.
Krem pod oczy, ale trochę w formie serum, bardzo delikatne, i w zapachu też delikatne, nie podrażniające, naprawdę fajne. Niby pod oczy, ale to przeciwzmarszczkowe jest, a ja już mam delikatne zmarszczki dookoła ust (mimiczne), a że kremy pod oczy nadają się i do tego, to całą twarz w rezultacie wysmarowałam.
Muszę przyznać, że fajny produkt, nie uczulił, nawilżył, na noc był świetny i na dzień też się sprawdził. Jeśli chodzi o przeciwzmarszczkowe działanie, to wygładzone delikatnie moje zmarszczki były. Ogólnie- delikatny produkt.
Jestem na tak.
Lakiery Maybelline Colorama
Jedyne co dobrego mogę powiedzieć o tych lakierach- to cena 8,99 w Biedronce, a dzisiaj widziałam je w Hebe za 7zł. Żółty się bardzo źle nakłada, rozmazuje mimo cienkich warstw, nie jestem z niego zadowolona, powstają smugi i koszmarnie długo schnie. Pomarańczowy ładnie wygląda popomalowaniu- dwie warstwy starczą, ale zmywa się z takim dziwnym czymś, oblepia mi palce, wchodzi na skórki, i mimo kilkokrotnego zmywania, zostawia taki jakby klej. Nakładanie potem innego lakieru wygląda nieładnie i cały czas schodzi.
Kupiłam dzisiaj inny zmywacz, może to wina zmywacza była?
Zobaczymy.
wtorek, 11 grudnia 2012
Prestige Świt
Dostałam bardzo miły prezent od firmy Świt, która wprowadziła na rynek ostatnio świetną serię kremów i serum do twarzy Prestige w dwóch wersjach : liftingującą i nawilżająca z kwasem hialorunowym.
Osobiście nie jestem fanką kremów, ale za to serum kocham, a już dostępność płatków liftingująco- nawilżających pod oczy to rewelacja.
Serum jest świetne, szybko się wchłania, nie pachnie mocno więc nie podrażnia, i faktycznie zmniejsza zmarszczki pod oczami.
Co do płatków, to muszę skoczyć i kupić sobie kolejne przed świętami, tym bardziej, że są tanie, bo kosztują ok. 7zł w Rossmanie, więc skoczę i nabędę. Dla porównania, inne płatki żelowe pod oczy ( na całą noc, a nie na 15 min jak Prestige) koreańskiej marki, która daje to samo, ale łącznie z przesyłką kosztuje ponad 20 zł. Rozjaśniają delikatnie cienie pod oczami, nawilżają i naciągają. Nałożyłam je po ciężkiej nocy zanim poszłam do pracy, żeby nie straszyć workami i byłam naprawdę bardzo mile zdziwiona, że poradziły sobie z moimi worami.
Co do serum, to drogie nie jest, tanie też nie, bo 25zł, ale starcza na długo, ma pompkę więc jest higieniczne i mogę dozować ile chcę wycisnąć, i jak dla mnie, starcza na długo, bo używam już 2 tygodnie i jeszcze nie widać żebym użyła więcej niż wielkość koreczka. A używam i rano pod BB i wieczorem na noc.
Krem oddałam koleżance.
Fajnie.
Maseczka Pomidorowa Tony Moly
Wzięłam tę maseczkę na próbę, dwie sztuki z Allegro.
Maseczka ładnie pachnie, bardzo delikatnie, co jest miłe. Konsystencja trochę pasty do zębów, takiej białej. Maseczka dość wydajna, próbka starcza mi na 3 użycia. Nakładam ją na twarz i wcieram przez pół minuty (można i przez 1,5min, ale nie mam co wmasowywać wtedy). Na wysuszoną, podrażnioną i obsyfioną nieco skórę po kremie BB (Missha signature nr 13), i po 15 minutach relaksowania się i zmyciu maseczki moja skóra jest:
- rozjaśniona (fajny efekt, szczególnie jeśli ktoś się nie maluje i chce takiego ładnego naturalnego glow)
-zaczerwienienia zniknęły (zimą jest to super, szczególnie po skokach temperatur - ciepło-zimno)
-skórki gdzieś zniknęły (dla mnie bomba)
-skóra była delikatnie nawilżona i nie tłusta.
-skóra była bardzo miękka i delikatna w dotyku
W efekcie jestem bardzo zadowolona z tej maseczki. Z tego co widziałam, opakowanie normalnej wielkości (80ml) jest bardzo ładne w kształcie pomidora, ale że nie lecę na opakowania tylko na zawartość, to jestem na tak. I polecam.
Dla tych co ceny powalają na kolana, polecam kupić sobie próbkę maseczki na allegro- wychodzi ok. 6-7 zł z przesyłkę, i warto zrzucić się z koleżankami na większe zamówienie.
Maseczka ładnie pachnie, bardzo delikatnie, co jest miłe. Konsystencja trochę pasty do zębów, takiej białej. Maseczka dość wydajna, próbka starcza mi na 3 użycia. Nakładam ją na twarz i wcieram przez pół minuty (można i przez 1,5min, ale nie mam co wmasowywać wtedy). Na wysuszoną, podrażnioną i obsyfioną nieco skórę po kremie BB (Missha signature nr 13), i po 15 minutach relaksowania się i zmyciu maseczki moja skóra jest:
- rozjaśniona (fajny efekt, szczególnie jeśli ktoś się nie maluje i chce takiego ładnego naturalnego glow)
-zaczerwienienia zniknęły (zimą jest to super, szczególnie po skokach temperatur - ciepło-zimno)
-skórki gdzieś zniknęły (dla mnie bomba)
-skóra była delikatnie nawilżona i nie tłusta.
-skóra była bardzo miękka i delikatna w dotyku
W efekcie jestem bardzo zadowolona z tej maseczki. Z tego co widziałam, opakowanie normalnej wielkości (80ml) jest bardzo ładne w kształcie pomidora, ale że nie lecę na opakowania tylko na zawartość, to jestem na tak. I polecam.
Dla tych co ceny powalają na kolana, polecam kupić sobie próbkę maseczki na allegro- wychodzi ok. 6-7 zł z przesyłkę, i warto zrzucić się z koleżankami na większe zamówienie.
Recenzja: Krem BB Missha Signature Wrinkle filler
Normalnie używam podkładu, ale po ostatnich przebojach z moją cerą musiałam zrobić przerwę na podkłady, bo bardzo brzydko wyglądało. Pokazywały się suche skórki, trzeba było poprawiać, tak generalnie słabo szło.
Of kors, na fali tych cudownych promocji kosmetyków BB jakie nagle się znalazły, zaczęłam czytać o co cho. ( nie lubię kupować w ciemno.)
Więc o co cho? Generalnie, osoby mające do czynienia z tymi legendarnymi kremami beblesh ( dziwna nazwa), wiedzą, że wszystkie garniery, eveliny, manhattany i cała reszta ma z tym tyle wspólnego co podkład do żelu pod prysznic.
I tak, krem bb, w bardzo dużym skrócie- wygładzają skórę twarzy, maskują pory ( efekt dziecięcej skóry), rozjaśniają, wyrównują koloryt i mają nawilżać i leczyć.
Ponieważ kremów BB jest bez liku, widziałam blogerki które mają ponad 100 różnych rodzajów, i nie mogą ich zużyć, pojechałam po bandzie i kupiłam sobie kilka próbek na allegro. Jest to nieco drogi, ale dobry sposób na przetestowanie różnych marek kremów bb, które są trudno dostępne u nas w Polsce, nie znajdziemy ich w drogerii, więc nie wypróbujemy za darmo na łapce, i trzeba troszkę zabulić.
Mówię o kremach koreańskich. Z reguły każdej marki są dostępne 2-3 odcieni, od bardzo jasnego (blady jak córka młynarza lub duch), i jasny beż ( taki typowy naturalny koloryt polek, które się nie opalają) oraz naturalny beż, który jest odrobinę ciemniejszy od jasnego beżu ale zbyt jasny dla dziewczyn które używają samoopalacza, mają oliwkową lub śniadą karnację naturalnie lub korzystają z solarium. Powiedzmy sobie szczerze- to nie są kremy dla osób z ciemną karnacją. Te specyfika wybielają skórę, co dla mnie jest ok na zimę, bo i tak się nie opalam. Dla osób z jasną karnacją, te kremy są zbawieniem. Dla osób które mają mało czasu na makijaż to zbawienie. Dla tych co mają rozszerzone pory, nierówną pigmentację, przebarwienia- ten krem jest idealny.
Co prawda opuchniętych worków pod oczami nie usunie, ale nie będą tak ciemne. Więc jest ok.
Kupiłam z koleżanką na allegro próbki, miałam 3 kremy BB. Z opisów podpasował mi Missha BB cream w kolorze 21 ( jasny beż), Signature Wrinkle Filler w tym samym odcieniu i tej samej marki, natomiast krem 79 BB z konsystencji mi się nie spodobał ani w sposobie, w jaki działał na skórę.
Więc z całej trójki najlepiej wypadł Missha Signature Wrinkle Filler, ale na kupno całego flakonu muszę chwilę poczekać, do następnej wypłaty. EDIT: e efekcie kupiłam sobie 6 próbek na allegro- wyszło mi taniej i do pierwszej wypłaty dam radę ( jedna próbka starcza na 3-4 malowania - ten krem BB jest bardzo wydajny).
Czemu?
Otóż ten krem BB jet delikatny, pół płynny, w idealnie dobranym kolorze, i faktycznie, te niewielkie zmarszczki które mam pod oczami zniknęły pod wpływem tego kremu.
Ale, cena powala. Na różnych stronach, od Gmarketu i singapurskiego Ebaya do naszego Allegro ceny wahają się od 80 do 140zł. Za 100ml, ale jednak.
Więc pewnie za jakiś czas go dopadnę:)
Ale jest piękny. I opakowanie też ma ładne.
I jest zajebisty.
Of kors, na fali tych cudownych promocji kosmetyków BB jakie nagle się znalazły, zaczęłam czytać o co cho. ( nie lubię kupować w ciemno.)
Więc o co cho? Generalnie, osoby mające do czynienia z tymi legendarnymi kremami beblesh ( dziwna nazwa), wiedzą, że wszystkie garniery, eveliny, manhattany i cała reszta ma z tym tyle wspólnego co podkład do żelu pod prysznic.
I tak, krem bb, w bardzo dużym skrócie- wygładzają skórę twarzy, maskują pory ( efekt dziecięcej skóry), rozjaśniają, wyrównują koloryt i mają nawilżać i leczyć.
Ponieważ kremów BB jest bez liku, widziałam blogerki które mają ponad 100 różnych rodzajów, i nie mogą ich zużyć, pojechałam po bandzie i kupiłam sobie kilka próbek na allegro. Jest to nieco drogi, ale dobry sposób na przetestowanie różnych marek kremów bb, które są trudno dostępne u nas w Polsce, nie znajdziemy ich w drogerii, więc nie wypróbujemy za darmo na łapce, i trzeba troszkę zabulić.
Mówię o kremach koreańskich. Z reguły każdej marki są dostępne 2-3 odcieni, od bardzo jasnego (blady jak córka młynarza lub duch), i jasny beż ( taki typowy naturalny koloryt polek, które się nie opalają) oraz naturalny beż, który jest odrobinę ciemniejszy od jasnego beżu ale zbyt jasny dla dziewczyn które używają samoopalacza, mają oliwkową lub śniadą karnację naturalnie lub korzystają z solarium. Powiedzmy sobie szczerze- to nie są kremy dla osób z ciemną karnacją. Te specyfika wybielają skórę, co dla mnie jest ok na zimę, bo i tak się nie opalam. Dla osób z jasną karnacją, te kremy są zbawieniem. Dla osób które mają mało czasu na makijaż to zbawienie. Dla tych co mają rozszerzone pory, nierówną pigmentację, przebarwienia- ten krem jest idealny.
Co prawda opuchniętych worków pod oczami nie usunie, ale nie będą tak ciemne. Więc jest ok.
Kupiłam z koleżanką na allegro próbki, miałam 3 kremy BB. Z opisów podpasował mi Missha BB cream w kolorze 21 ( jasny beż), Signature Wrinkle Filler w tym samym odcieniu i tej samej marki, natomiast krem 79 BB z konsystencji mi się nie spodobał ani w sposobie, w jaki działał na skórę.
Więc z całej trójki najlepiej wypadł Missha Signature Wrinkle Filler, ale na kupno całego flakonu muszę chwilę poczekać, do następnej wypłaty. EDIT: e efekcie kupiłam sobie 6 próbek na allegro- wyszło mi taniej i do pierwszej wypłaty dam radę ( jedna próbka starcza na 3-4 malowania - ten krem BB jest bardzo wydajny).
Czemu?
Otóż ten krem BB jet delikatny, pół płynny, w idealnie dobranym kolorze, i faktycznie, te niewielkie zmarszczki które mam pod oczami zniknęły pod wpływem tego kremu.
Ale, cena powala. Na różnych stronach, od Gmarketu i singapurskiego Ebaya do naszego Allegro ceny wahają się od 80 do 140zł. Za 100ml, ale jednak.
Więc pewnie za jakiś czas go dopadnę:)
Ale jest piękny. I opakowanie też ma ładne.
I jest zajebisty.
czwartek, 22 listopada 2012
Recenzja: Missha Signature nr 13
Na fali kremów BB kupiłam na Allegro po kilku próbach krem Missha BB Signature. Krem jest fajny, wysmarowanie sobie twarzy tym zajmuje chwilę, potem chwilę się wklepuje i już jestem gotowa. Bardzo mi się podoba to, że nie zajmuje to dużo czasu, kolor jest tak jasny, że nie muszę się zastanawiać czy dobrze go wklepałam i wtarłam przy brodzie czy uszach, bo pasuje idealnie do mojej zimowo- białej cery. Więc pod tym względem super.
Opakowanie jest olbrzymie, mam wrażenie że nigdy nie miałam tyle "podkładu" naraz. Opakowanie wygląda jak zwykła miękka tubka, a jednak jest zamknięta jakby w przezroczysty plastikowy pokrowiec, i ma pompkę i korek do stania. Więc jest ok. Ale i tak będę się nim dzielić znając życie.
Jak większość osób używających na początku kremów azjatyckich BB, jestem zachwycona tym co robi dla cery jak się nakłada preparat: jest miękka, rozświetlona, jasna, delikatna, równo pokryta, i mam bardzo zmniejszone pory. Ale jeden minus- jeśli się nie wie jak to zmywać, to robią się syfki.
A dokładne oczyszczanie, właśnie za pomocą olejowania i przynajmniej jednego pilingu w tygodniu się nie obędzie, albo mamy syfki lub co gorsza, te cholerne bolesne podskórniaki.
Więc na wszelki wypadek, jeśli zaczniesz używać BB, zmywaj dokładnie nie tyle z skóry, co z porów, bo to tam się zapycha przez składniki, głównie parabeny i silikony.
A, i nie myśleć że silikony są złe. Nic nie jest złe, chyba że w nadmiarze:)
Opakowanie jest olbrzymie, mam wrażenie że nigdy nie miałam tyle "podkładu" naraz. Opakowanie wygląda jak zwykła miękka tubka, a jednak jest zamknięta jakby w przezroczysty plastikowy pokrowiec, i ma pompkę i korek do stania. Więc jest ok. Ale i tak będę się nim dzielić znając życie.
Jak większość osób używających na początku kremów azjatyckich BB, jestem zachwycona tym co robi dla cery jak się nakłada preparat: jest miękka, rozświetlona, jasna, delikatna, równo pokryta, i mam bardzo zmniejszone pory. Ale jeden minus- jeśli się nie wie jak to zmywać, to robią się syfki.
A dokładne oczyszczanie, właśnie za pomocą olejowania i przynajmniej jednego pilingu w tygodniu się nie obędzie, albo mamy syfki lub co gorsza, te cholerne bolesne podskórniaki.
Więc na wszelki wypadek, jeśli zaczniesz używać BB, zmywaj dokładnie nie tyle z skóry, co z porów, bo to tam się zapycha przez składniki, głównie parabeny i silikony.
A, i nie myśleć że silikony są złe. Nic nie jest złe, chyba że w nadmiarze:)
Przegląd kosmetyków: odżywka do rzęs L'biotica
Na L'Bioticę wpadłam jakieś 3 miesiące temu, grzebiąc w sieci w poszukiwaniu innego specyfiku do rzęs, który koleżanka używa. Trafiłam na recenzję L'Biotica, o której pisano dobrze, ale nie rewelacyjnie. Wprawdzie jest to preparat z naturalnych składników, jest gęsty, ropzuszcza się w olejek na powiece i odżywia rzęsy.
Byłam w znienawidzonym Superpharmie, gdzie stojąc w kolejce- gigancie trafiłam obok kosza z promocją- 2 w cenie 1/2. Miałam dobre 15 minut na namysł czy brać czy nie, z reguły nie biorę rzeczy z promocji, tym bardziej jak nie potrzebuję, ale za 8zł miałam dwa opakowania tejże odżywki, w 100% naturalna, więc zaszalałam. A co tam.
Piszą by stosować nabożnie przez co najmniej 30 dni, najlepiej na noc, gdzieś tam po drodze efekty mają się objawić, ale oprócz trochę miększych rzęs, no może bardziej elastycznych i odrobinę ciemniejszych ( choć na dolnych rzęsach tego nie widać), to niewiele się w dziedzinie rzęs stało.
Smarowałam jeszcze na brwi, między brwiami dokładnie, w miejscu, w którym przez ileś tam lat skubania nic nie chce rosnąc, a e kiedyś zwyczajnie pomyliłam odległość między nimi i tak musze sobie dopełniać tę spację.
No i tam powoli jakieś maleństwa cieniutkie, wyrastają. Coraz śmielej, więcej, jasne, ale jednak.
Więc na razie nie skreślam L'Biotici, nie zaszkodzi dalej używać, bo nic tragicznego się nie dzieje i dobrze.
A z innych zalet to ta, że po nałożeniu na rzęsy oczy mi się trochę zalepiają, tzn. rzęsy przylepiają za pomocą odżywki do skóry pod oczami, zmuszając mnie poniekąd do zamknięcia oczu i faktycznego spania.
Całkiem dobre pod tym względem.
Edit: po ponad miesiącu używania odżywki moje rzęsy wydają się być trochę gęstsze, bardziej elastyczne, ale nie ciemniejsze czy dłuższe ( niestety, jasne końcówki mogę co najwyżej pomalować tuszem lub henną).
Czytałam gdzieś też, że tej odżywki można używać na skórki wokół paznokci z powodzeniem. Nie próbowałam jeszcze, ale chyba tak zrobię. Co do brwi to faktycznie, między nimi zaczęło się zagęszczać, ale i tak muszę dorysowywać sobie, bo to trochę dłużej potrwa niż miesiąc. A dolne rzęsy nawet dają sobie radę lepiej niż wcześniej, ciut ciemniejsze są i bardziej widoczne.
Byłam w znienawidzonym Superpharmie, gdzie stojąc w kolejce- gigancie trafiłam obok kosza z promocją- 2 w cenie 1/2. Miałam dobre 15 minut na namysł czy brać czy nie, z reguły nie biorę rzeczy z promocji, tym bardziej jak nie potrzebuję, ale za 8zł miałam dwa opakowania tejże odżywki, w 100% naturalna, więc zaszalałam. A co tam.
Piszą by stosować nabożnie przez co najmniej 30 dni, najlepiej na noc, gdzieś tam po drodze efekty mają się objawić, ale oprócz trochę miększych rzęs, no może bardziej elastycznych i odrobinę ciemniejszych ( choć na dolnych rzęsach tego nie widać), to niewiele się w dziedzinie rzęs stało.
Smarowałam jeszcze na brwi, między brwiami dokładnie, w miejscu, w którym przez ileś tam lat skubania nic nie chce rosnąc, a e kiedyś zwyczajnie pomyliłam odległość między nimi i tak musze sobie dopełniać tę spację.
No i tam powoli jakieś maleństwa cieniutkie, wyrastają. Coraz śmielej, więcej, jasne, ale jednak.
Więc na razie nie skreślam L'Biotici, nie zaszkodzi dalej używać, bo nic tragicznego się nie dzieje i dobrze.
A z innych zalet to ta, że po nałożeniu na rzęsy oczy mi się trochę zalepiają, tzn. rzęsy przylepiają za pomocą odżywki do skóry pod oczami, zmuszając mnie poniekąd do zamknięcia oczu i faktycznego spania.
Całkiem dobre pod tym względem.
Edit: po ponad miesiącu używania odżywki moje rzęsy wydają się być trochę gęstsze, bardziej elastyczne, ale nie ciemniejsze czy dłuższe ( niestety, jasne końcówki mogę co najwyżej pomalować tuszem lub henną).
Czytałam gdzieś też, że tej odżywki można używać na skórki wokół paznokci z powodzeniem. Nie próbowałam jeszcze, ale chyba tak zrobię. Co do brwi to faktycznie, między nimi zaczęło się zagęszczać, ale i tak muszę dorysowywać sobie, bo to trochę dłużej potrwa niż miesiąc. A dolne rzęsy nawet dają sobie radę lepiej niż wcześniej, ciut ciemniejsze są i bardziej widoczne.
Brwi
Generalnie się nie przejmowałam brwiami. Wyrywało się je, eksperymentowało z kształtami, próbowało prostować lub wyginać w niebezpieczne łuki. Gdy widzę zdjęcie z mojego nastoletniego okresu życia to robi mi się słabo. Mam włosy na jeżyka, nażelowane na sztorc, oraz bardzo wąskie brwi.
I wygląda to po prostu dziwnie.
Ale mądrzejemy z czasem, gust nam się wyrabia, i jakoś jedziemy dalej. I całe szczęście że wróciła moda na naturalne, gęste brwi, tylko trochę ułożone w miejsce.
Najfaniej jednak, że teraz wystarcza tylko wyskubać to co nie w linii z brwiami ogólnie. Gorzej mam np ja, która sobie tyle skubała między brwiami, że teraz za Chiny nie chcą mi odrosnąć tam.
Ale z czasem, czasem.
Kupiłam miesiąc temu krem/serum/olejek/odżywka L'biotica do rzęs- to taka odżywka. Jeśli działa na rzęsy, to i zadziała na brwi. No i po miesiącu, to co odrasta to delikatne włoski, ale robią się gęstsze, więc jest nadzieja.
Druga sprawa to wypełnianie brwi w miejscach gdzie ich odrastanie było niemożliwe już po latach eksterminacji. Na lotnisku w kwietniu, w Amsterdamie wyszukałam na domniemanej promocji zestaw do brwi Anastasia. W zestawie mała kosmetyczka, wypełniona żelem do brwi, pędzelkiem z grzebyczkiem, pęsetą, cieniem duo do brzwi a także zestaw wykrojów do idealnego ( w miarę ) kształtu brwi. W sumie to po pierwszym użyciu wykrojów, stosuję już tylko pęsetę, cienie i pędzelek.
Cała reszta na razie w odstawce w szufladzie.
I tak, cieniami sobie domalowuję delikatnie brwi, lub zagęszczam je optycznie.
Chwilami efekt wyglada nienaturalnie, ale po przeczesaniu grzebyczkiem ( wygląda jak czysta szczoteczka od tuszu), moje brwi po raz pierwszy wyglądają dobrze.
Wiem, że teraz też są modne proste brwi, w stylu Natalie Portman. Ja z moimi naturalnymi łukami miałam problem, jeśli chodzi o takie prostowanie, ale jest to dość łatwe. Wystarczy odrobinę, ze dwa milimetry od cienkiego końca brwi skubnąć i trochę prościej wyglądają.
I wygląda to po prostu dziwnie.
Ale mądrzejemy z czasem, gust nam się wyrabia, i jakoś jedziemy dalej. I całe szczęście że wróciła moda na naturalne, gęste brwi, tylko trochę ułożone w miejsce.
Najfaniej jednak, że teraz wystarcza tylko wyskubać to co nie w linii z brwiami ogólnie. Gorzej mam np ja, która sobie tyle skubała między brwiami, że teraz za Chiny nie chcą mi odrosnąć tam.
Ale z czasem, czasem.
Kupiłam miesiąc temu krem/serum/olejek/odżywka L'biotica do rzęs- to taka odżywka. Jeśli działa na rzęsy, to i zadziała na brwi. No i po miesiącu, to co odrasta to delikatne włoski, ale robią się gęstsze, więc jest nadzieja.
Druga sprawa to wypełnianie brwi w miejscach gdzie ich odrastanie było niemożliwe już po latach eksterminacji. Na lotnisku w kwietniu, w Amsterdamie wyszukałam na domniemanej promocji zestaw do brwi Anastasia. W zestawie mała kosmetyczka, wypełniona żelem do brwi, pędzelkiem z grzebyczkiem, pęsetą, cieniem duo do brzwi a także zestaw wykrojów do idealnego ( w miarę ) kształtu brwi. W sumie to po pierwszym użyciu wykrojów, stosuję już tylko pęsetę, cienie i pędzelek.
Cała reszta na razie w odstawce w szufladzie.
I tak, cieniami sobie domalowuję delikatnie brwi, lub zagęszczam je optycznie.
Chwilami efekt wyglada nienaturalnie, ale po przeczesaniu grzebyczkiem ( wygląda jak czysta szczoteczka od tuszu), moje brwi po raz pierwszy wyglądają dobrze.
Wiem, że teraz też są modne proste brwi, w stylu Natalie Portman. Ja z moimi naturalnymi łukami miałam problem, jeśli chodzi o takie prostowanie, ale jest to dość łatwe. Wystarczy odrobinę, ze dwa milimetry od cienkiego końca brwi skubnąć i trochę prościej wyglądają.
Moje kosmetyki
Mniej znaczy więcej.
Minęły też te czasy kiedy na wzór mojej koleżanki makijażystki zbierałam z uporem maniaka kolorowe kosmetyki. Miałam tego taki kuferek i nie używałam go. Mam takie dziwne uczucie, że jeśli nie mogę czegoś wykończyć, to znaczy że nie używam, ergo, jest mi niepotrzebny. Znaczy, czas się pozbyc, komuś oddać.
Inna sprawa, ze większość kosmetyków które mamy, traci ważność przy używaniu po pół roku. Trochę szkoda, szczególnie, że zdarza się nam kupić np, cień specjalnie na jakąś imprezę i później nigdy go nie użyjemy ale szkoda go wyrzucić.
Niestety to dość częste zjawisko było, szczególnie u mnie. Więc ze łzami w oczach zrobiłam czystkę w swojej kosmetyczce parę lat temu i tak lecę na swoich "pewniakach".
A są nimi:
-czarna kredka do oczu Inglot
-złota kredka do oczu Essence
-podkład lub obecnie krem BB marki Missha
-złoty cień do powiek Inglot
-zestaw beżowych i brązowych cieni z Oriflame
-tusz do rzęs Dior Show
-puder do brwi marki Anastasia
- pędzelki
-róż jasny- Oriflame
-róż ciemniejszy- Estee Lauder
-cień Inglot który robi i za cień i za róż
-szminka żelowa czerwona Inglot
Generalnie znam już po dłuższym czasie kosmetykowania się, że jeśli chcę wyglądać ładnie i naturalnie, ale i promiennie, to brązy, beże i złote odcienie są moimi best friendami. Ale najlepszym jest jednak czarna kredka do oczu.
Róży mam kilka, bo jednak jak się cera opala lub traci opaleniznę, to zmienia się tez potrzeba kolorytu- zimą i wczesną wiosną znacznie lepiej wygląda mój jaśniejszy róż niż ten ciemniejszy, pasujący do opalenizny.
Minęły też te czasy kiedy na wzór mojej koleżanki makijażystki zbierałam z uporem maniaka kolorowe kosmetyki. Miałam tego taki kuferek i nie używałam go. Mam takie dziwne uczucie, że jeśli nie mogę czegoś wykończyć, to znaczy że nie używam, ergo, jest mi niepotrzebny. Znaczy, czas się pozbyc, komuś oddać.
Inna sprawa, ze większość kosmetyków które mamy, traci ważność przy używaniu po pół roku. Trochę szkoda, szczególnie, że zdarza się nam kupić np, cień specjalnie na jakąś imprezę i później nigdy go nie użyjemy ale szkoda go wyrzucić.
Niestety to dość częste zjawisko było, szczególnie u mnie. Więc ze łzami w oczach zrobiłam czystkę w swojej kosmetyczce parę lat temu i tak lecę na swoich "pewniakach".
A są nimi:
-czarna kredka do oczu Inglot
-złota kredka do oczu Essence
-podkład lub obecnie krem BB marki Missha
-złoty cień do powiek Inglot
-zestaw beżowych i brązowych cieni z Oriflame
-tusz do rzęs Dior Show
-puder do brwi marki Anastasia
- pędzelki
-róż jasny- Oriflame
-róż ciemniejszy- Estee Lauder
-cień Inglot który robi i za cień i za róż
-szminka żelowa czerwona Inglot
Generalnie znam już po dłuższym czasie kosmetykowania się, że jeśli chcę wyglądać ładnie i naturalnie, ale i promiennie, to brązy, beże i złote odcienie są moimi best friendami. Ale najlepszym jest jednak czarna kredka do oczu.
Róży mam kilka, bo jednak jak się cera opala lub traci opaleniznę, to zmienia się tez potrzeba kolorytu- zimą i wczesną wiosną znacznie lepiej wygląda mój jaśniejszy róż niż ten ciemniejszy, pasujący do opalenizny.
Olejowanie twarzy jako metoda na mycie twarzy lepiej
Olej dawać na twarz brzmi dziwnie, ale maseczki z twarożku są ok?
Ponieważ jestem Chuckiem Norisem internetu, i nie wiem już skąd wiem wszystko, więc tu chcę wrzucić i mieć to z głowy.
Na olejowanie trafiłam przez wzmiankę gdzieś o metodzie oczyszczania twarzy OCM ( Oil Cleansing Method).
Metoda była fajna, brzmiało znacznie lepiej i prościej niż moje nawalone chemią żele do mycia twarzy.
Ustalmy coś przy okazji- nie jestem fanką mleczek, toników i zbytniego pieprzenia się w łazience. Chyba mi się to wzięło z tego, że miałam dość popędzania przez męża, żebym wyszła w końcu z łazienki, i to w momencie, kiedy byłam w połowie wykonywanej czynności. Poza tym lubię jak jest łatwo i proste. Uważam, że prostota to najlepszy wybór, a brokaty i diamenty w zębach to nie dla mnie. Chciałabym i wolałabym stawiać na minimalizm.
Wróćmy do olejowania.
Zasada jest dość prosta- w małym słoiczku miesza się kilka różnych olejków dla osiągnięcia różnych efektów. Czemu oleje? Ble? Otóż niekoniecznie. Znacie te okropne wągry- takie czarne się robią z czasem, jęsli się nie dba właściwie o cerę? Więc olejowanie działa na zasadzie magnezu na tłuszcz- tłuszcz wyciąga tłuszcz, czyli wągry, i zmniejsza ich aktywność:) Już po 3 dniach otwierania porów gorącą szmatką oraz nacieraniem i demakijażem olejem widać że pory się zmniejszają, wągry znikają i skóra jest nawilżona, i się nie przetłuszcza. niesamowite ale prawdziwe :)
Jeśli ma się dostęp do tych buteleczek z szamponami czy żelami z hoteli, to dobrze zachować sobie jedną, dobrze wymyć i wypłukać, a potem wysuszyć. Taka buteleczka pełna olejków starcza na dość długo i łatwiej się odmierza proporcje.
W taką buteleczkę nalewam 1/4 olejku rycynowego - to on wchodzi w pory i później wyciąga zanieczyszczenia i takie tam. Tak, wiem, piszę profesjonalnie.
Potem dolewam po 1/4 oleju kokosowego, oliwy z oliwek, i oleju z awokado. Można dać oleju jojoby, winogronowego, olej z orzechów włoskich jest również bardzo dobry.
Zamykamy buteleczkę, trzęsiemy nią, żeby się oleje wymieszały i można używać.
Olejowanie jest świetne do demakijażu, usuwa nawet tusz wodoodporny, ładnie oczyszcza twarz, nie podrażnia (nawet osoby z atopową skórą czy uczuleniami), nawilża i lekko napina skórę.
Ważne żeby mieć ściereczki do zmywania. Ja pocięłam na kwadraty stary ręcznik frotte i używam te kawałki. Chodzi o to, by je namoczyć w gorącej ( bardzo) wodzie, i gdy już rozpuścił się nam makijaż, wyżymamy ten ręczniczek, a ponieważ jest dalej gorący od wody, rozkładamy go na twarzy i zamykamy oczy i relaksujemy się chwilę. To dobry moment, żeby powoli się nastawiać na spanie i zrelaksować się po całym dniu. Czekamy aż ręcznik ochłodzi się, i zaczynamy ścierać z twarz oleje ręczniczkiem. Na nim zostanie cały makijaż i oleje, oraz zanieczyszczenia z porów.
Żeby zamknąć pory, wystarczy ten sam ręczniczek schłodzić w zimnej wodzie, znowu wyżąć, i nałożyć na twarz. Po tym zabiegu demakijażu już nie wiele więcej trzeba. Można nałożyć serum pod oczy lub kosmetyk przeciwzmarszczkowy i zapomnieć o sprawie do następnego dnia.
Jest to system który bardzo sobie chwalę i daje bardzo dobre efekty, w naturalny i nie podrażniający sposób.
Słyszałam, że niektóre osoby używają do olejowania ściereczek z mikrofibry, ale uważam to za przesadę, tym bardziej, że mikrofibra ma mimo wszystko dość szorstką powierzchnię i może doprowadzić do mechanicznego uszkodzenia delikatnego naskórka ( szczególnie w okolicy oczu), ale raz na tydzień, używany z olejem delikatnie masując, nie trąc, moze być dobrym pilingiem.
Chcę niedługo spróbować innej mieszanki, może tym razem dodam trochę olejku z rozmarynu lub innych gatunków, odkryłam fajną stronę tu i chciałabym potestować potem te pilingi enzymatyczne.
Ponieważ jestem Chuckiem Norisem internetu, i nie wiem już skąd wiem wszystko, więc tu chcę wrzucić i mieć to z głowy.
Na olejowanie trafiłam przez wzmiankę gdzieś o metodzie oczyszczania twarzy OCM ( Oil Cleansing Method).
Metoda była fajna, brzmiało znacznie lepiej i prościej niż moje nawalone chemią żele do mycia twarzy.
Ustalmy coś przy okazji- nie jestem fanką mleczek, toników i zbytniego pieprzenia się w łazience. Chyba mi się to wzięło z tego, że miałam dość popędzania przez męża, żebym wyszła w końcu z łazienki, i to w momencie, kiedy byłam w połowie wykonywanej czynności. Poza tym lubię jak jest łatwo i proste. Uważam, że prostota to najlepszy wybór, a brokaty i diamenty w zębach to nie dla mnie. Chciałabym i wolałabym stawiać na minimalizm.
Wróćmy do olejowania.
Zasada jest dość prosta- w małym słoiczku miesza się kilka różnych olejków dla osiągnięcia różnych efektów. Czemu oleje? Ble? Otóż niekoniecznie. Znacie te okropne wągry- takie czarne się robią z czasem, jęsli się nie dba właściwie o cerę? Więc olejowanie działa na zasadzie magnezu na tłuszcz- tłuszcz wyciąga tłuszcz, czyli wągry, i zmniejsza ich aktywność:) Już po 3 dniach otwierania porów gorącą szmatką oraz nacieraniem i demakijażem olejem widać że pory się zmniejszają, wągry znikają i skóra jest nawilżona, i się nie przetłuszcza. niesamowite ale prawdziwe :)
Jeśli ma się dostęp do tych buteleczek z szamponami czy żelami z hoteli, to dobrze zachować sobie jedną, dobrze wymyć i wypłukać, a potem wysuszyć. Taka buteleczka pełna olejków starcza na dość długo i łatwiej się odmierza proporcje.
W taką buteleczkę nalewam 1/4 olejku rycynowego - to on wchodzi w pory i później wyciąga zanieczyszczenia i takie tam. Tak, wiem, piszę profesjonalnie.
Potem dolewam po 1/4 oleju kokosowego, oliwy z oliwek, i oleju z awokado. Można dać oleju jojoby, winogronowego, olej z orzechów włoskich jest również bardzo dobry.
Zamykamy buteleczkę, trzęsiemy nią, żeby się oleje wymieszały i można używać.
Olejowanie jest świetne do demakijażu, usuwa nawet tusz wodoodporny, ładnie oczyszcza twarz, nie podrażnia (nawet osoby z atopową skórą czy uczuleniami), nawilża i lekko napina skórę.
Ważne żeby mieć ściereczki do zmywania. Ja pocięłam na kwadraty stary ręcznik frotte i używam te kawałki. Chodzi o to, by je namoczyć w gorącej ( bardzo) wodzie, i gdy już rozpuścił się nam makijaż, wyżymamy ten ręczniczek, a ponieważ jest dalej gorący od wody, rozkładamy go na twarzy i zamykamy oczy i relaksujemy się chwilę. To dobry moment, żeby powoli się nastawiać na spanie i zrelaksować się po całym dniu. Czekamy aż ręcznik ochłodzi się, i zaczynamy ścierać z twarz oleje ręczniczkiem. Na nim zostanie cały makijaż i oleje, oraz zanieczyszczenia z porów.
Żeby zamknąć pory, wystarczy ten sam ręczniczek schłodzić w zimnej wodzie, znowu wyżąć, i nałożyć na twarz. Po tym zabiegu demakijażu już nie wiele więcej trzeba. Można nałożyć serum pod oczy lub kosmetyk przeciwzmarszczkowy i zapomnieć o sprawie do następnego dnia.
Jest to system który bardzo sobie chwalę i daje bardzo dobre efekty, w naturalny i nie podrażniający sposób.
Słyszałam, że niektóre osoby używają do olejowania ściereczek z mikrofibry, ale uważam to za przesadę, tym bardziej, że mikrofibra ma mimo wszystko dość szorstką powierzchnię i może doprowadzić do mechanicznego uszkodzenia delikatnego naskórka ( szczególnie w okolicy oczu), ale raz na tydzień, używany z olejem delikatnie masując, nie trąc, moze być dobrym pilingiem.
Chcę niedługo spróbować innej mieszanki, może tym razem dodam trochę olejku z rozmarynu lub innych gatunków, odkryłam fajną stronę tu i chciałabym potestować potem te pilingi enzymatyczne.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


